środa, 15 sierpnia 2012

Rozdział 1

Na razie nic specjalnego, szczególnych akcji nie będzie, ale no, musze się jakoś rozkręcić :D co do tła to wiem, wiem, pracuję nad tym xd za chwilę zmienię na taką, żeby dało się czytać. A co do tego, czy to o ludkach paranormalnych to coś w ten deseń. Sama jeszcze do końca nie wiem, jak to będzie, ale myślę, że będzie trochę 'paranormalności' XDD
i standardowo, jak będą jakieś błędy (a może ich być dużo, szczególnie powtórzeń i literówek, ale oczy mnie bolą i nie mam siły sprawdzać) - krzyczeć! (nie, to nie jest samokrytyka! obiecuję, że nie będe już siebie krytykować xd )

____________

1.

Londyn, dzisiaj.

                Głośna muzyka wypełniła mieszkanie. Niemal podskoczyłam na łóżku, przerażona. Co jest, do cholery?!, zdążyłam pomyśleć nim usłyszałam czyjś śpiew.
                - Zabije cię… - mruknęłam, wstając z łóżka. Wparowałam do pokoju naprzeciwko i ogarnęłam spojrzeniem całe pomieszczenie. Moja siostra stała przed szafą i śpiewając do Rammsteina wybierała ubrania.
                - Staar! – wrzasnęłam. Nie usłyszała mnie. Ba, ona nawet nie zauważyła, że weszłam! Zirytowana, podeszłam do dużego odtwarzacza i wyłączyłam muzykę. Podparłam się pod boki i patrzyłam, jak Star zdziwiona patrzy na mnie.
                - Czemu wyłączyłaś muzykę? – zapytała, jak gdyby nigdy nic.
                - Czemu?! Ty się pytasz czemu?! Obudziłaś mnie!
                - Oj, nie przesadzaj! – zaśmiała się. – I tak zaraz byś wstała, jest już… 6:30!
                - Zaraz? – uniosłam brwi. – Miałam jeszcze dwadzieścia minut spania!
Star przewróciła oczami i powróciła do przerwanej czynności, a ja z westchnieniem opuściłam jej pokoju.
                Usiadłam na łóżku, ziewając.
                - Znowu to samo… - przeciągnęłam się, po czym sama zaczęłam robić to, co siostra. Skoro już wstałam to wykorzystam te dodatkowe 20 minut, nie? Poniedziałek, pomyślałam. Jak ja nie cierpię poniedziałków…
Stanęłam przed lustrem i przypatrzyłam się sobie. Moje blond włosy sięgały już prawie pasa. Uśmiechnęłam się. Wreszcie! I z tym oto uśmiechem, otworzyłam szafę i zaczęłam wybierać ubrania. Taka mała i głupia rzecz, a może tak uszczęśliwić.

- Cześć, ciociu – przywitałam się, wchodząc do kuchni. Wzięłam jabłko i zaczęłam jeść.
- Znowu tylko jabłko? Kochanie, weź sobie coś więcej…
- Wystarczy mi to – mrugnęłam do niej, uśmiechając się. – Nie martw się.
Nagle do pomieszczenia wpadła rozwrzeszczana Star.
                - Witam państwa! – pocałowała ciocię w policzek, wyciągając mleko z lodówki jedną ręką, a drugą płatki z szafki. Po chwili w progu stanął nasz starszy brat. Zaśmiałam się na widok nieźle zdenerwowanego Axela. Dawno go takiego nie widziałam.
                - Uspokój się, dobrze?! – wrzasnął, patrząc gniewnie na Star. – Od rana mnie denerwujesz!
                - Spokojnie, coś się stało? – wtrąciłam się. Teraz to mnie zmierzył niezbyt przyjemnym wzrokiem, aż się wzdrygnęłam. – Doobra, nie będę więcej pytać – rozłożyłam ręce w poddańczym geście. Spojrzałam na siostrę, która tylko wzruszyła ramionami i już w ciszy kontynuowała przygotowywanie sobie śniadania. Ja w tym czasie wróciłam do pokoju po swoją torbę i usiadłam na schodach, czekając aż siostra zje śniadanie.
                - Let’s go riot! – Star rozpromieniła się, stając przede mną. – Idziesz, Cat?
                - Pewnie – ubrałyśmy szybko buty i krzycząc „do zobaczenia!” do cioci, wyszłyśmy z mieszkania.
Przez pierwsze dwie minuty nie odzywałyśmy się do siebie, Star tylko nuciła jakąś wesołą piosenkę.
                - Co ty taka szczęśliwa dzisiaj jesteś? – zagadnęłam, zaciekawiona. Co prawda, nigdy nie zamulała czy coś w tym stylu, ale nigdy też nie tryskała tak wielką energią.
                - A tak jakoś – wzruszyła ramionami, patrząc na mnie. – Czuję, że dzisiejszy dzień będzie… Inny.
                - Inny? – uniosłam jedną brew. – W jakim sensie?
                - Sama do końca nie wiem… Ale czuję, że coś się zmieni. Jestem tego prawie na 100 % pewna.
Zaśmiałam się krótko.
                - Zobaczymy.                       

                W drodze do szkoły ciągle rozmyślałam nad jej słowami i zaczęła się we mnie rodzić jakaś cicha nadzieja, że w sumie fajnie by było, gdyby coś się zmieniło… Może jacyś nowi ludzie, nowi znajomi? Cóż, na pewno zapragnęłam zmiany. Jakiejkolwiek. Która choć trochę oderwałaby mnie, a nawet nas, od tej szarej rzeczywistości. I kiedy już przekroczyłyśmy próg naszej szkoły, sama coś poczułam. Że ten dzień będzie, jak to sama Star określiła – inny.
                - Witam was po tym jakże słonecznym i zapewne miłym weekendzie! – uśmiechnął się do nas nauczyciel angielskiego, kiedy już cała klasa zebrała się w sali. Parę osób coś mruknęło pod nosami, parę się zaśmiało, a niektórzy nawet prychnęli zezłoszczeni.
Ledwo zdążyłyśmy usiąść w, jak zwykle, ostatnim rzędzie, kiedy drzwi klasy otworzyły się ponownie. Wszyscy zgromadzeni od razu spojrzeli w tamtą stronę. Pierwszy wszedł dyrektor, a za nim jakiś chłopak. Miał ciemnoblond włosy, postawione na żelu, a ubrany był w koszulę w kratę i ciemne dżinsy. Uśmiechał się cwaniacko, trochę jakby pogardliwie. Rozglądnął się po klasie, jednak bez większego zainteresowania.
                - Dzień dobry! Pozwólcie, że wam przedstawię… - tu przerwał i wskazał na chłopaka. – Chrisa O’Breina. Niedawno przeniósł się do nas z Irlandii i nie zna stąd nikogo. Proszę więc o dobre i koleżeńskie traktowanie waszego nowego kolegi. - Morgan uśmiechnął się do nas sztucznie. Każdy z nas znał ten jego uśmiech. Oznaczał on tyle, co „pamiętajcie, że w każdej chwili mogę was stąd wyrzucić, więc lepiej się zachowujcie”. I tak wszyscy mieli go gdzieś, każdy więc robił, co chciał, gdzie chciał i kiedy chciał. Istna samowolka.
                Kiedy dyrektor wyszedł, pan Adams podrapał się w głowie, lekko zdezorientowany.
                - Tak, tak… Siadaj, O’Brein – mruknął do nowego. Tamten zajął ostatnie wolne miejsce w ostatnim rzędzie, zaraz obok Star, która spojrzała na mnie z dziwnym błyskiem w oku. Uniosłam jedną brew, myśląc podoba ci się? Ona jakby odczytała, o co mi chodzi, zachichotała cicho i z jej miny wywnioskowałam, że jest to bardzo możliwe. Pokręciłam niedowierzająco głową. Wzruszyła ramionami, mówiąc bezgłośnie no co?
W odpowiedzi zaśmiałam się cicho i wyciągnęłam zeszyt z torby.

                - No chyba nie powiesz mi, że jest zły! – podbiegła do mnie na korytarzu.
                - Co, już chcesz zarywać? – spojrzałam na nią, uśmiechając się.
Zarumieniła się lekko.
                - Nie no, nie tak od razu! I nie mam zamiaru zagadywać pierwsza, jeszcze czego! No ale, mów, co ty o nim sądzisz?
                - Kobieto, widziałyśmy go dzisiaj pierwszy raz w życiu, a ty już pytasz o moją opinię?
                - Oj no, ale tak na pierwszy rzut oka! – wyszczerzyła się. Przewróciłam oczami.
                - Nie jest źle, można by się było nawet pokusić o stwierdzenie, że jest całkiem dobry – zaśmiałam się.
Nagle poczułam dłoń Star na moim ramieniu.
                - Co jest? – zapytałam, a ona jedynie wskazała jakiś punkt palcem. Moim oczom ukazał się przekomiczny (przynajmniej jak dla nas) obraz. – Axel kłóci się z dziewczyną?!
                - Nooo – odpowiedziała przeciągle, powstrzymując śmiech. – Oj, biedny nasz braciszek… Cóż on teraz pocznie?!
                - Nie wiem, nie wiem. Ale to wyjaśnia, dlaczego był taki sztywny rano.
Star spojrzała na mnie niedowierzająco.
                - On zawsze jest sztywny.
                - No ale dzisiaj był wyjątkowo drętwy! I wkurzony.
                - Co racja, to racja.
I dalej obserwowałyśmy tą jakże „piękną” scenę, w której dziewczyna Axela wyraźnie chciała uświadomić go o jakimś jego błędzie. On ciągle zaprzeczał, aż w końcu się poddał i odszedł gdzieś.
Spojrzałyśmy po sobie z podłużnym „uuuuuu” na ustach.
                - Co robicie? – usłyszałyśmy nagle czyjś głos za nami. Podskoczyłyśmy lekko, uświadamiając sobie w tej samej chwili, że stoimy na środku korytarza i  bezczelnie się gapimy przed siebie.
                - My, eee, nic nie robimy – odwróciłyśmy się przodem do rozmówcy, którym okazał… Chris!
                - Czy wy właśnie przyglądałyście się kłótni tego chłopaka i tej dziewczyny? Serio, aż tak wam się podoba, że obserwujecie każdy jego ruch?
Gdy tylko usłyszałyśmy te słowa, wybuchłyśmy głośnym śmiechem. A Chris tylko stał i ze zdziwionym wyrazem twarzy przyglądał się nam. Pewnie sobie pomyślał wtedy, że jakieś wariatki z nas.
                - Nam? On? Prooooooooszę cię! – pierwsza odezwała się Star, łapiąc się za brzuch.
                - Bez przesady, to nasz brat! – dorzuciłam.
                - Wasz… brat? Moment, to wy jesteście siostrami i tamten facet to wasz brat? – zapytał zbity z tropu.
Kiwnęłyśmy głową w tym samym momencie, dalej opanowując śmiech. Kiedy wreszcie się ogarnęłyśmy, westchnęłyśmy głęboko.
                - No, trzeba ci przyznać, że nieźle wymyśliłeś. Dawno się tak nie uśmiałyśmy – stwierdziła moja siostra.
                - Ta, sorry, nie wiedziałem – podrapał się nieco zakłopotany.
                - Spoko. A tak w ogóle to Star jestem – podała mu rękę, uśmiechając się miło. No, zaczyna się bajera…, pomyślałam rozbawiona.
                - A ja Cat, miło poznać.
                - Star i Cat? Cóż, bardzo oryginalne imiona…
                - Taaak, można by powiedzieć, że nasi rodzicie mieli bujną wyobraźnię… - mruknęłam.
                - Albo byli pijani, wymyślając je – dorzuciła Star
Zaśmiałyśmy się, przybijając sobie piątkę. Chociaż temat naszych rodziców nie był zbytnio radosny dla nas, to przecież nie można cały czas tylko płakać na ich wspomnienie, prawda?
                - A ja, jak już wiecie, jestem Chris. Was również miło poznać – uśmiechnął się, ale już nie tak cwaniacko i pogardliwie, jak w klasie. Wydawał się całkiem miły.
Nagle spostrzegłam, że Star wpatruje się we mnie. Z początku nie ogarnęłam, o co jej chodzi, ale po chwili zrozumiałam, że chce, żebym zostawiła ich samych.
                - Eee, dobra, to ja idę. Muszę… coś załatwić – uśmiechnęłam się nieco niezdarnie. – Do zobaczenia.
Przechodząc obok siostry, poklepałam ją po ramieniu, cicho chichocząc. Kiedy byłam już na drugim końcu korytarza, odwróciłam się w ich stronę, nie zatrzymując się jednak. Rozmawiali ze sobą, tak po prostu. Przynajmniej z mojej perspektywy… I w tym momencie wpadłam na kogoś.
                - O kurczę, przepraszam! – spojrzałam na osobę, którą potrąciłam. Przede mną stał jakiś nieznajomy chłopaka.
                - Nic się nie stało – wyszczerzył do mnie swoje białe zęby. Na chwilę zabrakło mi powietrza. Określenie „przystojny facet” to przy nim było mało powiedziane. Ciemne włosy, po długości można byłoby stwierdzić, że nie odwiedzał fryzjera od dobrego miesiąca. Choć na oko wyglądał na jedynie rok czy dwa lata starszy, miał poważne rysy twarz. Najbardziej jednak zachwyciły mnie jego oczy, intensywnie zielone. Na szczęście szybko połapałam się, że bezczelnie gapię się na niego i skarciłam, myśląc Boże, zachowuje się jak jakaś typowa nastolatka z filmów...
- Cat jestem – wydusiłam wreszcie z siebie, uśmiechając się.
- Miło poznać. Ian.  
- Ładne imię – palnęłam, niewiele myśląc. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, co ja wygaduję.
- Dziękuje. Twoje też ładne i... oryginalne.
- Taak, często to słyszę… Cóż, tak już bywa – zaśmiałam się nerwowo. Co mi się kurna dzieje? – Nowy jesteś? Pierwszy raz cię tu widzę.
- Nie, nie nowy. Ale nie dziwię się, bo miałem trochę problemów… I długo mnie nie było. A jeszcze wcześniej różnie chodziłem do szkoły. Tylko przez pierwszy rok chodziłem w miarę systematycznie.
- Mogę zapytać do której klasy chodzisz?
- Trzecia, a ty?
Ah, to dużo wyjaśnia.
                - Druga – uśmiechnęłam się nieco speszona. To było do przewidzenia, że jest starszy. Ale to przecież nie robimy w niczym problemu! Starsi są często bardziej rozgarnięci.
I w tym momencie zadzwonił dzwonek, przerywając moje rozmyślania.
                - Ym, ja już będę leciała na lekcje… Do zobaczenia? – moje pożegnanie bardziej brzmiało jak pytanie.
                - Mhm. Cześć – na jego twarzy znowu zagościł ten uśmiech, a ja odwróciłam się i myśląc Spokojnie, spokojnie…, podeszłam do Star i pociągnęłam ją za sobą, przerywając jej rozmowę z Chrisem.
                - Heeej, ja rozmawiam! – zaprzeczyła, ale nie wyrwała mi się. Nie odezwałam się do niej, dopóki nie znalazłyśmy się w sali, w której miałyśmy mieć zajęcia.
                - Właśnie przed chwilą, widziałam najwspanialszego i najprzystojniejszego chłopaka, jakiego do tej pory ujrzałam! Kobieto, mówię ci, CUDO!
W odpowiedzi moja siostra wybuchła głośnym śmiechem.
                - Nie strasz mnie tak! Ja tu myślałam, że ujrzałaś coś strasznego i drastycznego, nie wiem, np. całującego się Axela, a ty mi tu wyjeżdżasz z przystojnym facetem?! – znowu się roześmiała, łapiąc się za brzuch.
                - Ale to było straszne! Pewnie w jego oczach wyszłam na idiotkę! – żaliłam się dalej, niezrażona tym, że się ze mnie śmieje. Jednak w końcu zaczęło mnie to denerwować i walnęłam ją lekko w ramię. – Uspokój się wreszcie! Ale dobra, teraz ty opowiadaj. Jak tam Chris? – Gdy tylko usłyszała jego imię, wyprostowała się i lekko zarumieniła, a ja uśmiechnęłam się zachęcająco.
                - Spoko, fajnie się gadało – odpowiedziała po prostu. Taaak i myślisz, że uwierzę ci, że przez całą tą rozmowę byłaś niesamowicie spokojna?, myśląc to, uniosłam jedną brew. – Oj no, dobra! Coraz bardziej mi się podoba i nawet dał mi swój numer!
Teraz to ja się zaśmiałam, po czym usiadłam w ławce.
                - Wiedziałam!

__________
uh, długie to.
a i co do imion - wiem, że są dziwne i to nienormalne, żeby nazywać tak dzieci. ale cóż - sentyment :)  po prostu nie mogłam sobie akurat tego odmówić, chociaż mogłabym też zrobić, że mają tylko takie ksywki, ale nie! nie ma tak :D także wiem, że to dziwne, ale kij. ah, no i Cat to po prostu Cat, już nie bawiłam się, że BlackCat i wgl, bo to jeszcze bardziej dziwne xdd 

PS. tło jest dobre? xdd

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Prolog


kuźwa, wybaczcie, że to takie marne >.> mam nadzieję, że zaciekawi Was to chociaż trochę ;) i jak będą jakieś błędy - krzyczeć.


Prolog.

Przedmieścia Londynu, rok 1995.

                Burzliwa noc. Mocny wiatr kołysał potężnymi drzewami. Grzmoty, błyski, deszcz. Większość rodzin spokojnie spała w swoich domach. Jednak nie ta. Dla tej jednej rodziny ta noc nie była spokojna. Była szalona, dużo się działo, za dużo. Przerażona matka z trójką równie przerażonych dzieci stała na środku niewielkiego salonu. Była roztargniona, nie wiedziała, co robić.
                - Idźcie! Już! – nakazał wysoki mężczyzna. Ojciec.
                - Ale co z tobą?! Nie mogę cię tu zostawić!
                - Poradzę sobie! Zabierz dzieci, daleko stąd. Musicie być bezpieczni. Weź najważniejsze rzeczy. Szybko, zaraz zrobi się tu naprawdę nieciekawie!
Mimo iż nie podobało jej się to, kobieta wykonała pospiesznie, co jej nakazał. Spakowała parę ubrań, trochę jedzenia, apteczkę, jakiś notatnik, do tego niewielkie pudełko i jedną, wielką książkę. Dzieci przyglądały się całej sytuacji. Najstarszy z nich, pięcioletni chłopiec zapytał przyciszonym:
                - Co się dzieje?
Ojciec spojrzał na niego.
                - Jest za wcześnie, by ci powiedzieć. Jesteś zbyt młody. Jednak kiedyś, dowiesz się o wszystkim. We właściwym czasie – uśmiechnął się do niego, jakby nic się nie działo, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. – Teraz musicie iść z mamą. Ale pamiętaj – kucnął przy nim, patrząc mu w oczy. – Na razie będziesz jedynym facetem. Zajmij się nimi, dobrze? – Mrugnął porozumiewawczo okiem.
                - A ty? – chłopiec nie ustępował. Nie rozumiał, czemu muszą iść. Co z tatą? Czemu nie idzie z nami?
                - Nie martwcie się mną. Niedługo będę z Wami – spojrzał na dwie dziewczynki. Bliźniaczki, dwa lata młodsze od chłopca. Jedna nieco wyższa od drugiej, ale to była jedyna różnica, nie licząc ubioru. Te same blond włosy i niebieskie oczy. Trzymały się za ręce, mocno. Ojciec wyciągnął ramiona. Jednym objął chłopca, a kiedy bliźniaczki podeszły, drugim ramieniem, objął je. Przytulił swoje dzieci do siebie. Wiedział, że te noc może się źle skończyć. Jednak nie mógł im tego powiedzieć, przecież to tylko małe dzieci…
                - Kocham Was, pamiętajcie o tym. Mamę też kocham – w tym momencie spojrzał na wchodzącą z powrotem do salonu kobietę. Wstał, objął teraz swoją żonę i pocałował czule. – Słyszysz? Kocham Cię – powtórzył.
                - Mówisz, jakby to było nasze ostatnie spotkanie… - zaśmiała się nerwowo, nie dopuszczając do siebie myśli, że tak przecież może być. Wiedziała, co nadchodzi. A raczej kto…
                Nagle ktoś zaczął energicznie pukać w drzwi.
                - Stójcie tu.
Mężczyzna podszedł do drzwi. Powoli, jakby z wahaniem spojrzał przez judasza. Westchnął przeciągle, z ulgą, gdy rozpoznał swoją siostrę. Otworzył drzwi, rozglądając się chwilę na boki, po czym wpuścił ją.
                - Wreszcie.  Musicie iść, teraz już naprawdę – potężny grzmot przerwał jego wypowiedź. Dziewczynki przybliżyły się jeszcze bardziej do siebie, przerażone. Chłopiec, widząc to, podszedł do nich i położył każdej dłoń na ramieniu. – On się zbliża. I bynajmniej nie jest sam.
                - Wiem, wiem – jego siostra, przywołała do siebie dzieci i kiwnęła głową na kobietę. Jednak nie dane było im szybko wyjść…
                Okno roztrzaskało się na małe kawałeczki. Wszystkie głowy odwróciły się w tamtą stronę.
                - Idźcie!
Pomieszczenie przeszył szyderczy śmiech.
                - Jakie to wzruszające, głowa rodziny chce uratować bliskie osoby…
                - Czego chcesz?! – mężczyzna wyprostował się, patrząc na ciemną postać przed nimi. Starał się jakby samym sobą zasłaniać kobiety i dzieci.
                - Sam dobrze wiesz, czego, Oreiro – syknął tamten.
                - A ty dobrze wiesz, że tego nie dostaniesz.
                - Jeśli nie chcesz tego załatwić pokojowo, to cóż, będę musiał siłą to zabrać… Nie pozostawiasz mi innego wyboru – coraz bardziej rozwścieczona ciemna postać zaczęła postępować do przodu.
                - BIEGIEM! – ryknął ojciec, a osoby za nim rzuciły się do wyjścia. Z wyjątkiem jednej. Jego żony, która właśnie stanęła pewnie obok niego.
                - Nie zostawię cię. Nie na pastwę tego… czegoś – skrzywiła się.
                - Oh, poczułem się urażony! – udawał poruszonego ich wróg.
                - Ale… ale dzieci.
                - Laura się nimi zajmie. Potem je odnajdziemy.
Szyderczy śmiech znowu zabrzmiał.               
                - Ah, te ludzkie marzenia… One są cudowne, wiecie? A ludzka nadzieja jaka jest piękna?! Podobno nigdy nie gaśnie! Tutaj mam żywy przykład. Jeszcze żywy…

                Tej rozmowy nie dane było już usłyszeć dzieciom i owej Laury, która szybko zasiadła za kierownicą swojego jeepa, krzycząc, żeby dzieci szybko wsiadały, po czym odjechała z piskiem opon. Wiedziała, że będą za nimi podążać, więc nie zdziwiła się, widząc za sobą trzech potężnych mężczyzn biegnących z nienaturalną prędkością.
                - Nie uda się wam mnie dogonić… Nawet nie róbcie sobie nadziei na to – mruknęła pod nosem do siebie, przyspieszając. Po parunastu minutach i szybciej, niezbyt bezpiecznej jazdy zgubiła ich. Nie było łatwo, to prawda, jednak… Udało się. Kobieta westchnęła z ulgą. Chwilę później zatrzymała się na poboczu i spojrzała na dzieci siedzące z tyłu.
                - Już dobrze – uśmiechnęła się pocieszająco. – Teraz już wszystko jest dobrze… - przeniosła wzrok z nich na tylną szybę, zapatrując się w dal, jakby chciała dojrzeć dom, który zostawiła za sobą. Sama do końca nie wierzyła własnym słowom…

 ___________

i tak na koniec, jeszcze dorzucę: nazwisko Oreiro nie jest tu przypadkowe i bynajmniej nie wzięło się od Natalii Oreiro. Przynajmniej dla mnie, bo kiedy Gagu wyskoczyła mi kiedyś, że mamy w tej zabawie tak na nazwisko, to ja wtedy nawet nie wiedziałam, że istnieje osoba z takim nazwiskiem. A imię Laura jest tu dlatego, bo Gagu tak nazwała naszą ciocię ; )

Początek .

No, wita Was Cat. A więc krótki wstęp. Mam nadzieję, że to opowiadanie nie będzie zbytnio żałosne, bo cóż, z kuzynką wymyślałyśmy to mając.. 8 lat? Nie no, ogólnie połowę dzieciństwa spędziłyśmy na wymyślaniu coraz to nowych zdarzeń. Tzn nie tyle co wymyślałyśmy, co bawiłyśmy się w to, ale później stwierdziłyśmy, że napiszemy z tego opowiadanie, a kto wie, może nawet książkę. Jednak tak, na marzeniach się skończyło ; ) przynajmniej na razie. Gagu pisała osobne opowiadanie, ja osobne. Ogólnie mamy mnóstwo wersji tego wszystkiego, jedno związane z HP, jedno gdzie główni bohaterowie poznają się dopiero później, jeszcze dwie wersje gdzie znają się od zawsze, etc. Ja osobiście nigdy nie pisałam wersji HP, ale Gagu za to tak. I trochę podkradłam jej pomysł z początkiem, ale myśle, że się nie obrazi ,XD Długo zastanawiałam się nad tytułem, ale stwierdziłam, że dam jakiś inny niż taki jaki był. A mianowicie, cała ta nasza zabawa z dzieciństwa nazywała się 'Czarne róże'. Ale stwierdziłam, że to trochę lamerskie i dałam coś innego XDD ale dalej mam wielki sentyment do tego. Jeszcze do końca nie wiem, jaka wersja będzie w dalszych częściach, ani co dokładnie będzie się działo. Dobra, kończę ten "mały" wstęp, mam nadzieję, że napisałam tu wszystko, co chciałam. Zaraz dodam prolog.

Ah, a tło i wgl wygląd jest tymczasowy, bo nie mogę tego ogarnąć ,XD